Chciwość. Krótki tekst o zarabianiu

Zrobiłem na drukarce tysiąc banknotów stuzłotowych… Nie żeby od razu dawać do ręki, ale pokazać mogę. Potem zamieściłem ogłoszenie na stronach gospodarczych „Gazety Wyborczej”: „Mam 100 000 złotych. Czekam na propozycje”

Ja też uważam, że chciwość to aktywna forma skąpstwa. Byłem aktywny jak cholera. No i mi wyszło, że Polacy wcale nie są tacy chciwi. To ja byłem zachłanny, wredny i wyrachowany.

Pierwszy zadzwonił 51-letni pan Mirek z Jasła.

– Niech mnie pan wykupi – powiedział błagalnym tonem.

– A co ja z tego będę miał? – zapytałem.

– Niewolnika. Nie żartuję. Szukam pana, co by spłacił moje długi.

– A ile pan tego ma?

– 50 tysięcy. Kolega powiedział, że jakby tyle długów miał, toby się powiesił. Powiesić się… Taka hańba. I renta przepada, to jeszcze rodzinie uszczuplasz.

– Po samobójcach nie dają? – dziwię się.

– Nie dają. Sprawdziłem, więc żadne samobóje nie wchodzą w grę?

– To się rozłączę i ja zadzwonię, żeby pan nie szedł w koszty.

Oferty

Bałem się, że zaleją mnie prawdziwymi albo zmyślonymi błaganiami o pomoc finansową na leczenie dzieci, ale wśród 73 ofert, które zbierałem przez tydzień, był tylko jeden taki telefon, i to z prośbą o pożyczkę, a nie wsparcie. Opadli mnie za to doradcy finansowi zagranicznych banków. Uwodzili mnie, trajlowali, kusili dwucyfrowym zyskiem w skali roku i ucieczką przed podatkiem. Przedstawiałem się jako Jacek Marciniak. Kłamałem, że dostałem spadek, odzyskałem kamienicę w stolicy, wygrałem w totolotka. Taka legenda tłumaczyła moją biznesową ignorancję. Zamiejscowym mówiłem, że jestem z Warszawy, warszawiakom – że z Łodzi.

Wpadłem w okropnie niewygodną dla duszy spiralę kłamstw, tak jak wielu moich bohaterów w spiralę zadłużeń.

Desperaci

– To ja – po chwili oddzwoniłem do pana Mirka. – To jak pan narobił takich długów?

– Normalnie. Na życie brałem, żona na oczy chorowała, siedmioro dzieci, kawałek ziemi, co po dziadku miałem, podzieliłem, każdemu działeczkę przepisałem, ogrodziłem, a banki dawały. Wziąłem w sumie 100 tysięcy, ale 50 już spłaciłem. Pracowałem jako ochroniarz, ale jak byłem we firmie na obiekcie, a ze Śląska przyjechali na włam i sam ująłem wszystkich złodziei, to mnie pognali z roboty, bo prokurator puścił bandziorów. Wstyd przed ludźmi i w banku wstyd. To co? Wykupi mnie pan? Wszystko wrócę, odpracuję. Pan nie będzie taki chciwy, ja na pewno nie dam plamy.

Wiele osób, które do mnie dzwoniły, to ofiary banków, które do połowy lat 90. po wariacku szastały kredytami.

– Mam nóż na gardle – mówi pan Józef, nauczyciel historii i teologii z Warszawy. – Potrzebuję 100 tysięcy, żeby wyjść na zero. Płacę 3 tysiące miesięcznie za różne kredyty. Za pańskie pieniądze wykupię mieszkanie, a wtedy będę mógł wziąć na nie kredyt hipoteczny na 20 lat. Spłacę wszystko, pana z prowizją, a miesięczna rata będzie 600 złotych, a nie 3 tysiące.

Wynalazcy

Chyba najbardziej ich lubię.

Wojtek mieszka pod Iławą. Pracuje w gospodarstwie rodziców.

– Potrzebuję od pana 10 tysięcy na prototyp – powiedział.

– Ale co to ma być?

– Buty sportowe, które zrobią rewolucję. Tego typu obuwia ludzkość, że tak powiem, nie tylko potrzebuje, ale pragnie.

– A dlaczego one takie rewolucyjne?

– Bo one w lecie miałyby chłodzenie. Człowiek ma odwieczny problem ze spoconymi stopami i tym nieprzyjemnym zapachem, tą wonią, bo to jest, za przeproszeniem, smród. Człowiek wreszcie uwolniłby się od tego potu na stopie, w bucie. Na dodatek ten but uwolniłby człowieka od sznurowania. But sam by sznurówkę wciągał i w drugą stronę to samo, sprężynka by sznurówkę zwalniała.

– No, nie wiem…

– Trzeba mieć wiarę w człowieka! – nie pozwolił mi dokończyć. – Jak pan się ze mną spotka, zobaczy pan, że nie jestem taki tuman. Ja mam wykształcenie rolnicze z wyróżnieniem skończone. Już dawno bym zrobił majątek, tylko mnie chciwi ludzie blokują.

Narwańcy

Jak pani Henryka z Łodzi i pan Jan z Torunia. Oboje by mogli spocząć na laurach, bo są na emeryturach, ale ich korci. Pani Henryka nawet chce sprzedać mieszkanie, żeby kupić pensjonat wczasowy na dwieście osób w Sosnówce pod Karpaczem, gdzie planuje prowadzić turnusy rehabilitacyjne dla pań w podeszłym wieku?

Pan Jan jak na emeryta nie jest stary, zaledwie 50 lat, a zachowuje się jak dziecko, które w nocy włamało się do cukierni i chce zjeść wszystkie słodycze.

– Mam stację paliw – wylicza – sklep, firmę budowlaną, hurtownię pasz, koncesję na windykację długów, zakład pogrzebowy, wywóz śmieci z Gdańska i pięcioletnie śmieciarki mercedesa na oku. Śmieciary są w Niemczech, a u mnie w stawie 5 tysięcy rybów do sprzedania.

– Skąd pan wie, że 5 tysięcy?

– Bo dwa lata temu sam wpuściłem. I rozlewnie gazu mam.

– A moja stówa na co? – pytam.

– Na maszynę do rozlewania oleju. Pan tylko słucha! Petrochemia przywozi nam olej w beczkach i puste butelki, my rozlewamy, oni zabierają i płacą 1,3 złotego od sztuki. To jest żyła złota.

Pan Jan kilka lat temu kupił za ćwierć miliona złotych bazę maszynową po pegeerze, bo się dowiedział, że niedaleko będzie przechodziła autostrada z południa Polski do Gdańska.

Teraz jest warta prawie 700 tysięcy?

– Mam Niemca, co by kupił, ale mu nie wolno, to założę z nim szwalnię, w której zatrudnię jako szwaczkę jego córkę… Tak fikcyjnie i po pięciu latach będzie mogła kupić. Wchodzi pan w to?

– A co byśmy szyli?

– Mam zamówienia z Niemiec na dresy i worki dla trupów.

Magnaci

To ludzie, którzy przeinwestowali. Tak jak pan Robert z Warszawy, który w Hiszpanii kupił kosmetyki do włosów za 50 tysięcy euro i już na nic więcej mu nie starczyło.

– Byłem strasznie pazerny – mówi. – Myślałem, że samo się sprzeda.

– My też popełniliśmy szkolny błąd – mówi pan Jerzy z Białegostoku. – Mnóstwo pieniędzy poszło na wnętrze, kuchnię, parking, a nie doceniliśmy znaczenia marketingu.

Pan Jerzy jest wykładowcą na politechnice, a jego żona prowadzi wspaniałą grecką tawernę w centrum miasta. Banki już więcej nie chcą pożyczać, więc rozglądają się za wspólnikiem albo kupcem.

Pan Tomasz kupił pałacyk na Opolszczyźnie i myśli o agroturystyce, a pan Aleksander ze Słupska wielki pałac nad samym morzem i myśli o eleganckim hotelu z restauracją dla Niemców i Szwedów. Wydali wszystkie oszczędności swoich rodzin i mają przepiękne ruiny – pan Aleksander 2 tysiące metrów do kapitalnego remontu.

– Ale z 1850 roku – zachwyca się. – Nad wejściem kartusz z herbem.

Kantorowcy

Najpierw zadzwonił pan Wojtek z Warszawy, który jest właścicielem kantoru wymiany walut w wielkim centrum handlowym. Proponował 10 procent w skali roku.

Potem zadzwonił pan Zygmunt z Górnego Śląska, który ma kantor w hipermarkecie.

– 4 procent by pana interesowało? – zapytał rzeczowo.

Aż mnie zatkało ze złości.

– Tyle to ja mam w zasr… banku! – wybuchnąłem.

– Ale ja na miesiąc… Ja panu nie proponuję przemytu amfetaminy, bo tam są zyski po sto procent miesięcznie, ale bezpieczną lokatę w walutę.

– To niech pan pożyczy w banku milion.

– Po pierwsze, banki nie chcą pożyczać takim jak ja, bo zaliczają nas do grupy podwyższonego ryzyka. To jest oczywiście błędne mniemanie. A po drugie, ja pracuję jak chirurg. Mogę wykonać dziesięć operacji w ciągu dyżuru, ale lepiej, żebym zrobił trzy, ale porządnie. Ryzyko w moim zawodzie jest duże.

– Mówił pan, że nie ma ryzyka.

– Jest, ale tylko moje. Co miesiąc płacę panu 4 tysiące odsetek. Pierwsza rata będzie z góry, więc faktycznie daje mi pan 96 tysięcy, kolejna rata po dwóch miesiącach i dalej już na koniec każdego miesiąca. Po roku zwracam panu 100 tysięcy.

– A gdybym powiedział 5 procent – przypomniałem sobie, że jestem chciwy.

– Tobym zrezygnował, bo przez rok z tej kwoty jestem w stanie wypracować najwyżej drugie tyle. A jakie chciałby pan zabezpieczenie: lombardowe, na zdjęcie, weksel bez protestu?

– O tym jeszcze nie myślałem.

– To niech pan pomyśli do jutra.

Ten człowiek będzie moim ekspertem.

Golasy

Golasy według pana Zygmunta to narwańcy, ale bez kapitału. Są chciwi, mają pomysły i marzenia, więc biorą się do działalności gospodarczej.

– Całe życie kręcę się w obuwiu – reklamował się 34-letni Robert.

– Ja też prawie zawsze w butach…

– Chciałem powiedzieć, że robię w tej branży i mam dojście do włoskiego producenta. Mógłbym sprowadzić, tylko nie mam kapitału. A to jest supertowar. Tani i ze znakiem „zdrowa stopa”.

Andrzej z Warszawy chce zakładać szkoły językowe w małych miasteczkach: Sochaczewie, Iławie, Kartuzach… Pan Wojtek z Poznania planuje sprowadzać z Zachodu używane kserokopiarki, pan Włodzimierz z Warszawy zabawki plastikowe z Chin. Żaden z nich nie ma pieniędzy ani zdolności kredytowej. Mają za to zaległości w ZUS-ie.

32-letni Darek z Warszawy nie pracuje. Wcześniej studiował cybernetykę, filozofię, pisał wiersze, pracował w sklepie muzycznym i grał bluesa w zespole Marskość Wątroby. Teraz chce założyć sklep z używanymi instrumentami muzycznymi.

– Pan wie, że w stolicy nie sposób kupić harfy – mówi – a ja bym wiedział, gdzie ją zdobyć.

– A po diabła komuś harfa? Rynek harf jest wąski jak pasek od zegarka. Wszyscy chcą kupować gitary.

– Na gitarach jest najlepsze przebicie. Kiedyś kolega przywiózł mi z Belgii pięć używanych gitar Gibsona. Na każdej zarobiłem sto procent. Muzycy inwestują w gitary jak w obligacje, bo im starsze, tym lepsze i korniki ich nie biorą.

25-letni Sławek spod Garwolina chce zainwestować w karpie.

– To mały koszt – powiada. – Tylko trzeba staw wykopać i wybetonować jak szambo. Potem basen dzieli się na sektory. W jednym są małe rybki, w drugim większe i jeszcze większe. Ja bym hodował, a pan sprzedawał w Warszawie. Naprawdę łatwe pieniądze.

– Pan ma gospodarstwo?

– Dziadek miał, ale jest zachłanny i oddał pod państwo. Za rentę. Ale ja wydzierżawię tę ziemię i ona po 20 latach będzie moja. Poza rybami możemy uprawiać krzewy ozdobne. Ja mieszkam blisko cmentarza, to będę chodził na groby, zbierał doniczki, przesadzał z gruntu, a pan sprzedaje w Warszawie.

Cwaniacy

Radosław jest bezrobotnym informatykiem. Chce w jednym z rajów podatkowych na Oceanii założyć firmę konsultingową, która będzie pomagała uciec polskim firmom od podatków.

– Myślę o Vanuatu, Kiribati albo Nauru. W żadnym z tych kraików nie płaci się podatków. Nasza działalność polega na wręczaniu klientom faktur za doradztwo, przez co ich dochód maleje i płacą mniejsze podatki.

– Czyli, mówiąc wprost, kupują od nas lewą fakturę.

– Tak, ale legalną, od której my w naszym Vanuatu nic nie płacimy. Podobnie robi jedna z polskich stacji telewizyjnych. Jest zarejestrowana na Antylach Holenderskich. Ja bym za pańskie pieniądze założył ten interes, prowadził za minimalną pensję, a jak firma zaczęłaby przynosić dochody, przeszedłbym na prowizję.

– Jaką? – pytam rzeczowo.

– Myślałem o 30 procentach.

– To jest prawie trzecia część. Wykluczone!

– Ale to ja jestem mózgiem.

– Góra 9 procent. Już wszystko wiem. Nie jest mi pan potrzebny.

Rafał jest czarnoskórym mieszkańcem Warszawy. Mówi śmiesznie jak małe dziecko. Pochodzi z Ghany.

– Ale moja żona jest polska. Mam pomysł kupować używane samochody z Niemiec do Afryki. Ghana. Ale tam pan nie będzie płacić jawny podatek. Albo do Republika Benin. Sprzedaje się na mieście. Ja już raz tak robiłem, ale teraz nie mam kasa.

Zagadkowi

Pojawiają się i znikają. Są natrętni?

Na przykład Gustaw z Bielska-Białej, który mówi, że reprezentuje firmę zajmującą się sprzedażą za granicę fiatów panda.

– To dealer fiata nie ma kredytów bankowych? – dziwię się.

– Mam, ale do pewnych operacji potrzebujemy gotówki.

– Jakich operacji?

– Panie Jacku! – stracił cierpliwość. – Jaki pan chce mieć procent?!

– Dwucyfrowy – zaryzykowałem, pamiętając, ile może wyfedrować pan Zygmunt z kantoru.

– Czyli 10. To nie jest mało, ale do wytrzymania. Zadzwonimy do pana.

Nie zadzwonili.

Pan Paweł jest prezesem wrocławskiej spółki zajmującej się windykacją długów. Nazywa mnie inwestorem. Za moje pieniądze będzie kupował drobne wierzytelności. Potem je odzyska. Forsę z 20-procentowym zyskiem odda po trzech miesiącach. Spotkanie odwołał w ostatniej chwili.

Kobitki

Wśród 73 ofert, które dostałem, tylko cztery pochodziły od kobiet. Przysłały za to dużo SMS-ów o seksualnym podtekście.

„Jestem mloda 22-latka. Gosia”.

„Czego oczekujesz w zamian. Aneta”.

„Dobry wieczor, wlasnie czytam wyborcza i czekam na propozycje…”.

„Jak jestes facetem to ozen sie ze mna i bedziesz mial problem zainwestowania kasy z glowy”.

„W dupe sobie wsadz ta swoja kase”. To też była niewiasta, bo oddzwoniłem, ale nie chciała ze mną rozmawiać.

Szaleńcy

Bezrobotny Jacek z Warszawy ma dyplom maklera i wiarę w giełdę. Jest pewien, że w rok pomnoży mój kapitał o 140 procent.

Panu Rafałowi spod Pszczyny na Śląsku właśnie urodziło się dziecko. Jest w euforii, ale tylko dlatego, że w tym tygodniu do spółki z kolegą zagrał za 1,5 tysiąca na giełdzie i zarobili 150 złotych.

– To jest 10 procent! – triumfuje. – Więc jak zagram za 5 tysięcy, to będę miał 500 złotych tygodniowo?

– Czym się pan zajmuje? – pytam go.

– Pracuję w sanatorium jako konserwator. To co? Pożyczy pan?

– A co to dla mnie za interes?

– To niech pan kupi mój komputer. Dwa lata temu zapłaciłem za niego 4100 złotych. Do tego mogę dorzucić telefon Siemens SL45i za 350 i łańcuszek złoty 5,5 grama nie za gruby, próba 585.

Show-biznesmeni

Dostałem kilka ofert zainwestowania w rozrywkę. Większość propozycji moi rozmówcy nazywali „długofalowymi”.

44-letni Sławek chce założyć pub z muzyką na żywo. Kapela już jest.

– Zna pan irlandzki pub na Miodowej? – pyta. – Tam wieczorami grają na żywo, to nie ma gdzie palca wcisnąć. Najdroższe jest wyposażenie lokalu. Ta pana stówa toby nam tylko na cztery kawowary starczyła?

Bazyl z Warszawy myśli o „wyprodukowaniu” (tak mówi) zespołu muzycznego, a Jacek z Poznania zespół ma, tylko trzeba wydać singla.

– Chłopaki już po 30 lat mają – powiada – a ciągle bez płyty na koncie.

– A co to za kapela?

– Pop-rockowa. Byliśmy już u Wojewódzkiego w programie i u Hołdysa, więc czas znaleźć sponsora.

Ekspert

Jadę na Śląsk do pana Zygmunta. Leciutko się rozczarowałem. Przez telefon zabłysnął pięknym, bogatym słownictwem, a na dworcu wita mnie człowiek ogromny jak kreteński byk, z łapą jak szufla do śniegu, do tego w adidasach i dresie, bez lampasów wprawdzie, ale dres to dres.

Pan Zygmunt prowadzi wielki kantor wymiany w śląskim hipermarkecie. Inwestowaniem w różne interesy zajmuje się niemal od dziecka.

– To żyje pan z nieustającym widmem plajty – mówię z troską w głosie.

– To ryzyko towarzyszy mi od urodzenia. Odkąd pamiętam, rodzice brali chwilówki w pracy i drżeli, że nie starczy im do pierwszego, a w pokoju obok mieszkał dziadek, bardzo chciwy człowiek, który jeździł do Związku Radzieckiego handlować złotem. Nigdy nie wspomógł wnuka, wbijał w pończochę do śmierci. Nie ma biznesu bez chciwości, blefowania i oszukaństwa.

To był dobry moment, żeby odkryć przed panem Zygmuntem karty.

Casting

Gładka, szara koszula, szara marynarka, czarne spodnie, kosztowne okulary – aż przyjemnie sunąć przez korytarze luksusowego hotelu Sobieski w Warszawie, gdzie luster na ścianach więcej niż tynku. Do tego pewność siebie, nienaganne maniery, harmonia w ruchach… Bardzo interesujący mężczyzna. To ja przyrządzony na dziecko szczęścia. Kilkanaście osób, z którymi wcześniej rozmawiałem przez telefon, postanowiłem przyjąć osobiście. Czekam na nie w pokoju numer 428 z oknami na plac Zawiszy.

Widzę, że oni także, na miarę czasem bardzo skromnych możliwości, starają się wyglądać szałowo.

Innotus obligus

Pan Andrzej Michał Tarnogrodzki jest wynalazcą leku na nowotwory.

– To już profesor Tołpa się na tym wyłożył – krzywię się na dzień dobry.

– Tołpa zrobił z torfu immunostatyk – wyjaśnia pan Andrzej – czyli coś, co podwyższa odporność organizmu, ja mam lek, który bezpośrednio niszczy komórki rakowe.

Pokazuje butelkę z brunatną cieczą. To wodny roztwór wyciągu z innotus obligus, czyli huby brzozowej.

Pan Andrzej Tarnogrodzki był adiunktem w Wojskowej Akademii Technicznej w stopniu majora. Specjalność – inżynieria maszyn. 12 lat temu doktoryzował się z niezawodności ogólnej, a zaraz potem jego matka zachorowała na raka trzustki.

– Dawali jej trzy-cztery miesiące życia. Jak wariat zacząłem szukać po bibliotekach i wszystkich dostępnych wtedy w komputerach bazach danych i odkryłem, że w latach 60. Rosjanie prowadzili w leningradzkim Instytucie Pawłowa badania nad hubą brzozową, ale utknęli, bo w tamtych latach nie było jeszcze odpowiednio czułej aparatury. A my na WAT mieliśmy już wspaniały chromatograf cienkowarstwowy, który dostaliśmy w prezencie od Amerykanów, kiedy armia radziecka wyprowadziła się z Polski. Wrzuciłem hubę do aparatu i on mi wysublimował te związki, które działają na nowotwory. Miałem lek!

Od tamtego czasu minęło 11 lat. Pan Andrzej rzucił pracę i bez reszty poświęcił się produkcji, doskonaleniu i testowaniu leku. Żeby nie umrzeć z głodu, nauczył się robić implanty szczękowe. Wszczepia je operacyjnie w prywatnej klinice stomatologicznej.

– A mamę pan wyleczył?

– Oczywiście. Żyła jeszcze 11 lat. Umarła niedawno na niewydolność krążenia, bo paliła trzy paczki papierosów dziennie. Przez te lata podałem mój preparat 540 osobom, które się do mnie zgłosiły. 40 procent wyzdrowiało, chociaż byli w czwartym stadium choroby, przeszli radioterapię, chemioterapię, zabiegi operacyjne i lekarze złożyli broń. Leżeli na łóżkach przeciwodleżynowych i czekali na śmierć. Tylko takich mogłem leczyć, bo preparat nie przeszedł badań klinicznych. Major Tarnogrodzki pokazuje karty informacyjne pacjentów, którzy wyrazili zgodę na udostępnienie swoich danych. Listę otwierają lekarze. Witkowski, Szałek, Marszałek…

– A ta pacjentka z Niemiec umarła – zauważyłem wpis w karcie.

– Ale na dysfunkcję narządów, a nie na nowotwór. Była pielęgniarką w klinice onkologicznej w Duesseldorfie. Miała raka trzustki i wątroby z przerzutami do płuc i mózgu. Dawali jej 30 dni, a po moim leku żyła pięć lat.

– Ile pan umoczył?

– 200 tysięcy, ale połowa mi się zwróciła, bo zestaw dla jednego pacjenta kosztuje 200 złotych. Ale jak lek przejdzie badania kliniczne i dostaniemy licencję, te tysiące zamienią się w miliardy.

– Czego pan potrzebuje? – pytam rzeczowo.

– 200 tysięcy na badania kliniczne. Proponuję panu za to 5 procent w mojej spółce.

– 51 procent.

– Tylko w Polsce na nowotwór zachorowuje co roku 125 tysięcy ludzi! – pan Andrzej zerwał się z miejsca. – A na świecie?! To są niewyobrażalne pieniądze! Mogę dać 10.

– Niech będzie… 40 – mówię flegmatycznie.

– Daje pan tylko 200 tysięcy i do końca życia pana i pańskich spadkobierców macie z leku 20 procent zysku…

Szybki strzał

Pan Włodzimierz ma 48 lat. To człowiek z lekko szemraną, niedzisiejszą elegancją. Dziwnie przymglony wzrok.

– Tak jest, proszę szanownego pana – mówi, kiedy chce przytaknąć.

– Rynki Dalekiego Wschodu – oznajmia. – Wynajduję hity, strzały, szybkie tematy, na które trzeba mieć luźną gotówkę, żeby zareagować szybko, a nie planowo.

– Z jakim strzałem pan przychodzi?

– Pistolety na wodę!

– To raczej wytrysk, a nie strzał. Po świętach ten towar się zaśmiardnie.

– Dlatego mówię, że trzeba szybko. W Gdyni stoi cały 40-stopowy kontener.

– Ile to jest?

– Szanowny pan nie wie? – pyta podejrzliwie. – To w czym pan robił?

– W małych gabarytach – ja na to.

– To znaczy?

– W karatach.

– No tak. Więc to jest 68 metrów sześciennych. 345 kartonów, a w nich 15 modeli pistoletów. Chińczyk chce 15 tysięcy dolarów. Z transportem, cłem, opłatami granicznymi, VAT-em będzie 80-90 tysięcy złotych. Współpracuję z 50 hurtowniami i 200 sklepami z zabawkami w całym kraju. Dystrybucję biorę na siebie. Jako zabezpieczenie mogę przewłaszczyć na pana halę magazynową w Alejach Jerozolimskich wartą pół miliona złotych. Po miesiącu oddaję panu pieniądze plus 5 procent. To jest przyzwoita stopa zwrotu.

– A po cholerę Chińczyk przywiózł pistolety?

– Ktoś zamówił i nie odebrał – mówi pan Włodzimierz. – Traci 10 procent zaliczki. Dlatego my płacimy 1,5 tysiąca dolarów mniej, a Chińczyk jeszcze 10 procent może opuścić, bo się boi, że z tym zostanie. W Gdyni, Hamburgu albo w Rotterdamie trafiają się nawet większe okazje, ale za te pańskie 100 tysięcy tylko tyle możemy zrobić.

– Ja nie napisałem, że mam jedno sto. Tyle mam przy sobie – powiedziałem i uchyliłem brzeg narzuty, pod którą leżało dziesięć paczek banknotów ciasno związanych gumkami.

Pan Włodzimierz głośno przełknął ślinę.

– Ten Chińczyk ma trzy takie kontenery.

– Zacznijmy od jednego.

– Słusznie. Tylko trzeba szybko! Jutro przygotuję umowę… Zaraz, zaraz. Jutro imieniny ojca. Bo Józef.

Zafrasował się.

– Trudno. Ojciec nie ucieknie.

Rurki z kremem

Rozmowa z panem Juliuszem sprawia, że musiałem zadzwonić do baru i wprowadzić do krwiobiegu element baśniowy.

Bardzo blady, mizerny, silnie spierzchnięte usta. Wygląda na człowieka chorego, z problemami, do tego bardzo biednego i poczciwego. Wszedł do pokoju i zwalił na łóżko siatki, torby i parasol, z którymi przyszedł na spotkanie.

– Mam propozycję produkcji rurek waflowych na skalę przemysłową – powiedział. – Wielu cukierników próbowało wozić po sklepach rurki nabite śmietaną, ale to się nie udawało. Po godzinie taka rurka przestaje być chrupka.

– Robi się jak naleśnik.

– Otóż to. Ale ja ten problem techniczny rozwiązałem – mówi z dumą. – Trzeba rurkę oblać czekoladą… Od środka! Wtedy nie będzie ciągnąć. Cztery lata temu kupiłem unikalną maszynę do rurek zwijanych. Nie ma takiej drugiej na świecie. To niemiecki prototyp, ale miał feler. Rurki były za cienkie. Cztery lata pracowałem i przerobiłem maszynę na przepisowe rurki. Trzeba tylko piec, nabijać i wozić po sklepach. W Warszawie jest 6300 sklepów spożywczych i gdziekolwiek pytam, to chcą.

– To w czym rzecz?

– Nie mam na ruszenie z produkcją. Zadłużyłem się. Mam dwie karty na debecie i jestem na tej czarnej liście.

Pan Juliusz jest inżynierem geodetą i kartografem.

– Ale Warszawa jest nasycona geodetami, to prowadziłem małe wydawnictwo, sklep ze zdrową żywnością, gry zręcznościowe, transport, a teraz te rurki. Zrobiłem parę tysięcy w próbnym wypieku i sprzedałem od ręki, ale właściciel lokalu, gdzie działałem, poszedł do komornika i zajęli mi maszynę. Musiałem podpisać weksel na 73 tysiące.

– To mi wygląda, że przez cztery lata nie płacił mu pan czynszu.

– I jeszcze z funduszu dla małej przedsiębiorczości Mikro wziąłem 37 tysięcy – mówi łamiącym się głosem. – To z tymi kartami będzie do wyłożenia prawie 200 tysięcy.

– Dużawo. Ale jak wykupię weksel, zostaję właścicielem maszyny, pomysłu i zaoszczędzę 127 tysięcy.

– A ja na pensji? To ja na to nie idę!

– To co pan proponuje? – pytam pana Juliusza.

– Jak pan włoży 200 tysięcy, to pana jest 33 procent.

– To się jeszcze zastanowię.

Korpus dyplomatyczny

W granatowym płaszczu do ziemi Arek wygląda jak przebrany.

Ma dwóch kumpli, jednego w Ostródzie, drugiego, Rosjanina, w Kaliningradzie. Wszyscy koło trzydziestki.

– Wie pan, co to jest korpus? – zapytał na wstępie.

– Korpus kadetów, korpus dyplomatyczny, Korpus generała Andersa…

– Kurna. A o korpusach drobiowych pan nie słyszał?! – gość był załamany. – Takich bez piersi, łap i skrzydeł. Kurze i z indyków.

– To same gnaty.

– Jeszcze czego. 70 procent wagi w korpusie to mięso. Co tydzień z Ostródy wysyłamy tego 20 ton do Jury. On kupił w Kaliningradzie fabrykę marmolady, postawił maszynę, zatrudnił więźniów i robi MDM. Mięso Drobiowe Maszynowe z odkościonych korpusów. Tam jest na to straszne rwanie. Pakują to do kiełbas, parówek, pasztetów, pulpetów… Płacą 90 centów za kilogram. Tam teraz na wszystkim robi się forsę. Wolnoamerykanka. Ja byłem dyrektorem ubojni w Garwolinie, to wiem, jak zwiększyć ilość mięsa, dodając wody.

– O, to ciekawe!

– Wodę z takim proszkiem się miesza – mówi Arek. – To jest białko jakieś i mięso łapie 10 procent wagi, a kilogramy to pieniądze. Nam chodzi o to, żeby robić MDM-3, to samo mięso, tylko pokrojone w plasterki grube na trzy milimetry, bo za nie dają 1,9 dolara. Taka maszyna kosztuje 100 tysięcy.

– Przy takich obrotach nie macie 100 tysięcy?

– Nie mamy.

– U Ruskich są kłopoty na granicy – zaczynam grymasić – trzeba się opłacać zbójom…

– My nie. Jury szwagier jest generałem na przejściu granicznym w Bagrationowsku. A odbiorcy mięsa płacą gotówką. Po każdej dostawie przywożą w walizce.

Woda sodowa

Bazyl ma całkiem pokaźny kapitał jak na swoje 23 lata i niepoważny rockandrollowy wygląd. Powiedział, że zainwestuje wszystko, bo tylko wtedy będzie miał motywację do pracy. Razem mamy 130 tysięcy. To wystarczy.

Chłopak trzy lata studiował zarządzanie i ma do tego głowę. Ułożył następujący plan: zakładamy cztero-pięcioosobowy zespół muzyczny z przystojnym frontmanem w wieku około 25 lat. Działamy wizerunkiem. Narzeczona Bazyla jest socjologiem, specjalistą od kreowania wizerunku, więc weźmie to na siebie. (Nie piszę, jaka to będzie muzyka, żeby nie zdradzić pomysłu Bazyla do końca). To ma być produkt dla Polski „B”, dla wielbicieli Michała Wiśniewskiego i Andrzeja Leppera. Drugi krok to nagranie singla, ale to koszt niewielki, i teledysku. To będzie największy wydatek, około 30 tysięcy. Jak singel chwyci, wykonujemy krok trzeci: natychmiastowa produkcja płyty, tak by przed świętami Bożego Narodzenia była na półkach.

– Następne pieniądze idą na reklamę i dziennikarzy. Żeby recenzje były dobre.

– Aż tak?

– Oczywiście. Od tego zależy, czy będą puszczali naszą muzykę. Można stawiać na autentyczność albo na dojścia. Postawimy na to pierwsze, bo dojścia mamy nie za mocne. Potrzebna będzie jakaś gwiazda, która za paręnaście tysięcy wesprze nas nazwiskiem. Z tym nie ma problemu.

W wariancie pesymistycznym zakładamy, że dostajemy zaledwie 40 procent dochodu ze sprzedaży płyty. Resztę bierze wytwórnia i dystrybutor. Jeśli sprzeda się 5 tysięcy płyt, co jest kompletną klapą, i tak jesteśmy na małym plusie.

– Wszystko, co jest potem, to czysty zarobek – mówi Bazyl i z zadowoleniem poprawia irokeza, który się stroszy nad jego czaszką. – Ruszamy w trasę koncertową. Sochaczew, Kartuzy, Iława. Ja się z tego utrzymuję. W pierwszym półroczu za koncert bierzemy 5 tysięcy. 3 tysiące to koszty, reszta dla nas.

Bazyl był założycielem, kierownikiem i menedżerem zespołu Lamusy, który w zeszłym roku dał 129 koncertów. Kapela istnieje cztery lata. Biorą 20 tysięcy za występ.

– Muzyków mamy za friko – mówi Bazyl – bo na rynku aż się roi od bezrobotnych artystów. Kupujemy ich na pięć lat. Pracują za pensję. Wszystko z nami muszą konsultować, bo podpisali umowę, że jesteśmy jedynymi właścicielami ich wizerunku.

– A rafy?

– Branża nie lubi, jak się odnosi sukces – mówi Bazyl.

Opcja rządowa

Pan Waldemar ma 50 lat. Do maja zeszłego roku pod Dworcem Centralnym w Warszawie prowadził własny punkt Multilotka i od tamtego czasu zdążył już narobić długów.

– W Multilotku każda cyfra powinna paść jeden raz na cztery losowania – mówi pan Waldek i przeciera sygnet na małym palcu. – Jednak są cyfry, które padają 16 razy, siedem albo dziesięć, a są takie, które w ogóle nie padają.

– Wielkie rzeczy! Wszyscy wiedzą, że statystyka tym nie rządzi.

– Ale ja umiem wykryć, które liczby będą padały niestatystycznie. Tylko jak już się zacznie grać moim systemem, to trzeba ciągnąć do końca, bo wygrana może być w ostatnim losowaniu.

Pan Waldek wyciąga ogromne płachty papieru w kratkę zapisane milionami cyferek. Nazywa je progresjami.

– Panie Waldku kochany, ja chyba w to nie wejdę – wyszeptałem. – Nie jestem aż tak chciwy.

– To nie jest chciwość. Trzeba podejmować wyzwania. Kiedyś podjąłem i trafiłem 1200 trójek w Dużym Lotku. Wysłałem 300 takich samych kuponów, w których były cztery trójki. Zarobiłem 7200 złotych, a włożyłem tylko 4.

– Co pan będzie miał z tego, że zagra pan moimi pieniędzmi?

– Po dwóch miesiącach z pańskich 100 tysięcy będzie 200. Pan mi daje 10 procent wygranej. Chyba że pan wcale nie ma tych pieniędzy.

– Mam – mówię i na kilka sekund uchylam narzutę.

– Kupony będą u pana – mówi pan Waldek, nie odrywając wzroku od narzuty. – Ja tylko będę wypełniał. I mogę być pańskim kierowcą. Mam volvo S90, opcja rządowa.

Recenzje

Nie było rady. Znowu musiałem pojechać na Śląsk do pana Zygmunta, właściciela wielkiego kantoru. Rozsiedliśmy się w jego ulubionej kawiarni nad rzeką.

– Kogo wybrać, panie Zygmuncie – załamałem ręce – bo jestem w rozterce. W który interes pan by wpakował 100 tysięcy?

Ene

– Może zaryzykować w Multilotka? – zastanawiam się głośno.

– Niech on sprzeda swoje volvo i mnie pokaże, jak to się robi. A jak wygra, to ja znajdę klienta, który za jego wygrany kupon da mu o 10 procent więcej. Stoją tacy pod totalizatorami i odkupują wygrane. Legalizują pieniądze. Kupią dwa-trzy kupony i mogą restaurację w mieście otwierać.

Due

– A pan Julian, mój ulubiony bohater od rurek z bitą śmietaną wiecznie chrupiących?

– Po pierwsze, na jakichś targach bym wywąchał, czy ta maszyna naprawdę jest taka unikalna. Po drugie, potrzebna jest partia pilotażowa zrobiona na jego ryzyko i pański człowiek objeżdża z nią sklepy. Trzeba obserwować dynamikę sprzedaży. Jeśli po czterech miesiącach nakłady się zwrócą, mogę w to wejść, ale nie napalałbym się za bardzo. Na tym trzeba szybko zarabiać, bo jak inni zobaczą, jak nam idzie, to też to zrobią. Takie maszyny na pewno już gdzieś są w Austrii albo we Włoszech.

Like

– Gadałem z panem Sławkiem – przypominam sobie – który mnie namawia względem pubu z muzyką na żywo.

– Nie bardzo chce mi się być jego udziałowcem – mówi pan Zygmunt. – Nawet mu nie pożyczę, bo działalność gastronomiczno-rozrywkowa zawsze balansuje na bardzo cienkiej granicy między przestępczością a przyzwoitością. Muzyka na żywo to nic oryginalnego, w filharmonii też jest. W tym interesie musi być coś wyjątkowego.

– Do tego łysy, w skórze…

– Niech pan nie przywiązuje takiej wagi do wyglądu. Widziałem ludzi o powierzchowności nałogowych alkoholików, którzy nie pili, mieli tytuły naukowe i niezliczone zera na koncie.

Fake

– Mam rockandrollowca Bazyla w za dużych portkach i z irokezem na głowie, który chce wyprodukować zespół muzyczny dla klienteli z małych miast.

– Pomysł ambitny, arcyciekawy – mówi pan Zygmunt – ale oryginalny jak masło roślinne w hipermarkecie. Ten rodzaj muzyki to moda, a więc podlega sezonowości. Przez rok w tej branży niewiele zarobicie, a potem wszystko klapnie. Co wtedy?

– Można zarobić w rok. Bazyl w zeszłym roku dał 129 koncertów.

– To już są miliony – mówi z uznaniem pan Zygmunt. – Ale pański chłopak popełnia błędy, skoro nie ma stówy.

– No to wchodzi pan?

– Chętnie się poprzyglądam, jak pan będzie walczył. Bardzo kibicuję. Zadanie ambitne, ale obarczone ogromnym ryzykiem, nie mówiąc już, że tu się nie wyfedruje 10 procent zysku miesięcznie.

Torba

– To może pistolety na wodę – podrzucam następny pomysł.

– Nie chcę być jego wspólnikiem, ale mam rozwiązanie. Sam to kupię, a on niech się buja. Chińczyk chce się pozbyć śmierdzącego towaru, ale nie wie, że wybrał kiepskiego zawodnika, bo on nie ma pieniędzy.

Borba

– Bardzo mi się podoba pomysł z drobiowymi korpusami wysyłanymi do Rosji – panu Zygmuntowi zaświeciły się oczy. – Musi pan pojechać do Kaliningradu i spokojnie przez dwa-trzy dni wszystko badać na miejscu. Odbiorców, możliwości dystrybucji, zyskowność…

– Wreszcie coś się panu spodobało.

– Bo to jest proste. Spożywka. Towar łatwy do zbycia, już są na rynku, mają układy… Ale tej maszyny bym nie kupował. Wystarczy leasing. Trzeba kalkulować, czy maszyna na bieżąco zarabia na raty leasingowe. Jeśli tak, po czterech miesiącach trzeba wziąć drugą maszynę i rozkręcić biznes, na siłę zwiększać podaż, zarobki. Jeśli to dobry interes, tylko patrzeć, jak pojawi się silna konkurencja z Unii albo z Moskwy. Codziennie wrzucą do miasta ciężarówkę taniego towaru i tak nas wykoszą z rynku.

Osme

– Mnie bardzo podnieca pomysł z lekiem na raka – mówię.

– Bo to bardzo ciekawe, ale nie wchodzę w ten temat. Z tego, co ja wiem, badania kliniczne trwają latami, a ja obliczam zyski co miesiąc. Pieniądze na badania już dawno by znalazł, gdyby ten lek zyskał uznanie naukowców. Poza tym?100 tysięcy to są śmieszne pieniądze. Jak on to wyliczył? Ja wiem, że badania kliniczne są drogie.

Smake

– Darek chciałby założyć ze mną komis muzyczny.

– Pomysł dobry. Sklepik dla bardzo wąskiego środowiska, paru setek albo tysięcy osób. Można pomóc Darkowi, bo on siedzi w tym środowisku i wie, do kogo dzwonić, jak jest jakiś fajny instrument, a więc jest zapewniony szybki rozchód towarów i dopływ gotówki. To jednak nie jest geszeft dla takich chytrusów jak my. Nie widzę tu możliwości zarobienia na poziomie 5-10 procent miesięcznie.

– Do tego chłopak ma oczy – ja na to – jakby miał problem z alkoholem.

– Na dziesięciu facetów w tym kraju dwóch ma taki problem – mówi pan Zygmunt. – Tym bym się nie przejmował. W interesach dzięki wódeczce często tak bywa, że ludzie łapią kieliszki zamiast noży.

– I wprowadzają element baśniowy?
* Przepraszam bohaterów tekstu za podstęp. Dzięki Wam wiem, ze Polacy są bardziej pomysłowi niż chciwi. Dziękuję za to. Czytelników, którzy chcieliby zostać partnerami moich rozmówców w interesach, proszę o kontakt: jacek.hugo-bader@agora.pl

 
Jacek Hugo-Bader Gazeta Wyborcza – 06-04-2004

 

EnglishFrançaisDeutschPolskiРусскийEspañol